Przypomniało mi się, ile to razy mężczyźni, z którymi byłam dobrzy, uważni kochankowie nie wiedzieć czemu stawali się opieszali, mało wrażliwi, jakby nieobecni duchem. Nigdy nie przyszło mi na myśl, że tak naprawdę pragnęli tylko wejść we mnie, kochać się czysto fizycznie, lecz czuli się zbyt skrępowani, zbyt samolubni, by o to poprosić. W końcu znakomita większość świadomych mężczyzn lat dziewięćdziesiątych zdaje sobie sprawę ze stereotypu samca sprzed rewolucji seksualnej: egoisty, który poświęca dwie minuty na niezdarne obłapianie, dwie dalsze na sam akt, po czym się dziwi, dlaczego kobieta nie doznała zaspokojenia. Żaden porządny „wyzwolony” mężczyzna nie chce przypominać owego lubieżnego zwierzaka. A zatem zmusza się do uprawiania miłości, podczas gdy w rzeczywistości zależy mu jedynie na seksie. Kobieta wyczuwa ów fałsz, widzi jednak w partnerze zimnego bezuczuciowca i nawet nie przypuszcza, iż to strach nie daje mu prosić o to, czego w istocie pragnie. KIEDY MĘŻCZYZNA POZWALA SOBIE NA ZBLIŻENIE CZYSTO ZMYSŁOWE, DOZNAJE SZCZEGÓLNEGO RODZAJU SPONTANICZNEGO ODDANIA I NAMIĘTNOŚCI, KTÓRE NIERZADKO GINĄ PODCZAS MIŁOŚCI BARDZIEJ ŚWIADOMEJ, POWOLNEJ I STOPNIOWANEJ.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *