Przechodziliśmy między niezliczonymi rzędami wozów i on rozglądał się za swoim. Upłynęło pięć minut. Dziesięć. Tego wieczora włożyłam pantofle na bardzo wysokich obcasach i piekielnie rozbolały mnie nogi. W podziemiach panował też chłód, a ja miałam zarzucony na ramiona tylko cienki sweter. W pewnym momencie zapytałam: Czy zgubiłeś samochód, kochanie? Na moje niewinne pytanie zareagował nieprzyjemnym spojrzeniem, które mówiło: Jak śmiesz mi zarzucać, że się zgubiłem? Jestem mężczyzną, wojownikiem, wielkim odkrywcą. Czy mi nie ufasz? W rzeczywistości odpowiedział: Nie, nie zgubiłem samochodu. Nie panikuj. Jest gdzieś tutaj. Nie panikuję odparłam ale chodzimy już dziesięć minut, a nogi piekielnie mnie bolą. Może wysiedliśmy nie na tym piętrze? Nie, to jest to piętro stwierdził stanowczo. Dam sobie radę. A poza tym ruch dobrze ci zrobi. (Przysięgam, że to były jego słowa!) Szukaliśmy jeszcze dziesięć minut, on prędko kroczył przodem, ja kulejąc wlokłam się z tylu. W końcu miałam już tego dość. Słuchaj powiedziałam to głupio tak chodzić w kółko. Czemu nie znajdziesz jednego z tych jeżdżących wózkami strażników, których tu widzieliśmy, i nie poprosisz, żeby nas obwiózł po parkingu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *