Przeciwnie, przepadał za tym. Pomagało mu to omijać te dziedziny życia, w których czuł się niepewny, schlebiało mu, że kobieta za nim szaleje. I tak trwaliśmy w tym dynamicznym związku. Opisywałam go przyjaciołom, oni zaś uważali, że brzmi to wspaniale. Ludziom widującym nas razem wydawaliśmy się naprawdę szczęśliwi. A kiedy zadawałam sobie pytanie, czy związek ten jest dobry, myślałam o niedawnym podniecającym wypadzie do Palm Springs, o tym, jak świetnie nam było w łóżku w zeszłym tygodniu, o cudownej chwili zażyłości po tym, jak dałam mu napisany przez siebie wiersz. I uspokajałam samą siebie: Tak, związek ten jest wspaniały. A potem pewnego dnia zjawił się Sandy i oznajmił, że ode mnie odchodzi. Wyjaśnił, że od jakiegoś czasu czuł się właściwie wyłączony i nie chce dłużej mnie bałamucić. Słysząc to, doznałam absolutnego szoku. Jak mogło do tego dojść, skoro nasz związek wydawał się taki wspaniały? Potem przez parę tygodni spoglądałam w oczy prawdom o sobie, którym nie chciałam stawić czoła, i znalazłam odpowiedź na to pytanie. Mój związek z Sandym był w zasadzie występem solowym: ja grałam, a on siedział na widowni. Tak pilnie wypełniałam luki i kształtowałam formę tego związku, że ani przez chwilę nie zastanawiałam się nad jego istotą. Na zewnątrz prezentował się idealnie wycieczki, karty, zabawa. Brakowało jednak czegoś zasadniczego: współuczestnictwa Sandy’ego i jego wkładu uczuciowego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *