Nie muszę zwracać się o pomoc do głupiego strażnika. Nie zabłądziłem. I gdybyś tak nie gderała, już dawno bym wóz znalazł. Jesteś nieustępliwa. Nie możesz chwilę tu pobyć? Jestem tu chwilę odrzekłam zziębnięta, z cholernie obolałymi nogami i chcę wrócić do domu, więc znajdź ten przeklęty samochód. No cóż, po dalszych piętnastu minutach bezowocnych poszukiwań mój towarzysz bardzo niechętnie zgodził się poprosić strażnika o pomoc. Wdrapał się na biały wózek niczym przestępca odwożony do więzienia i stamtąd rzucał mi co parę sekund wściekle spojrzenia. Nie muszę dodawać, że strażnik obwiózł nas po kilku piętrach, zanim wypatrzyliśmy samochód mój towarzysz zapomniał, na jakim go zostawił. W drodze powrotnej pomyślałam, że jeśli pożartuję z tego jego błądzenia, trochę rozładuję atmosferę. To go jednak jeszcze bardziej rozgniewało.
Nie do wiary, co z ciebie za primadonna! wrzeszczał. Co z twoim zamiłowaniem do przygód?! Dzielna kobieta nie miałaby nic przeciw spacerowi po przedstawieniu. No i co z tego, że odnalezienie samochodu zajęło nam trochę czasu? Przygoda?! krzyknęłam. Zabłądziłeś! Dlaczego nie możesz choćby tego przyznać? Nie wykręcaj kota ogonem. Bardzo mi przykro, ale łażenie przez trzy kwadranse po parkingu w pantoflach na wysokich obcasach i w koktajlowej sukience nie uważam za zabawne! Kiedy tak siedziałam rozcierając obolałe stopy, w głowie mi się nie mieściło, że temu mężczyźnie bardziej zależało na tym, żeby mieć rację niż na mojej wygodzie, i że jeszcze teraz nie potrafi się zmusić do powiedzenia: Bardzo mi przykro. Pokpiłem sprawę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *